Miewał dni, w których czuł się bardzo dziwnie. Dziś był właśnie jeden z takich dni, kiedy jakby wiedział, że wszystko zaraz się skończy, kiedy jego 80 lat doskwierało mu bardziej niż zwykle. Odkładał wówczas lupę i pędzle, schodził z wykopalisk i snuł się bez celu po ulicach Timbuktu. Ciepła Afrykańska noc pachniała żarem mijającego dnia i jakąś dziwną dyskretną wonią starożytnego orientu. Jedyne skojarzenia jakie przychodziły mu teraz do głowy były odległe o kilkadziesiąt lat i wiele tysięcy kilometrów.
Noc pośród kaukaskich szczytów zapadała szybko. Letnie burze, które przetoczyły się nad górami, sprawiły, że powietrze było rześkie, zupełnie inne niż podczas zalanego upalnym słońcem pełnego kurzu dnia. Piotr przyzwyczaił się już do dziwnego dualizmu tutejszej aury – żaru dnia i przejmującego chłodu nocy, w którym od wieków żyli tutejsi mieszkańcy.
Obudził się właśnie, kiedy powiadomiono go, że od północy zbliża się wojskowy śmigłowiec. Czarna maszyna nie nosiła żadnych oznaczeń. Zgromadzeni na przyczółkach Talibowie przygotowywali się do zestrzelenia intruza, jednak Piotr kazał im czekać. Kiedy tylko maszyna wylądowała i wysiadła z niej młoda kobieta odziana w czarne futro twarz mężczyzny rozpromieniła się.
- Witaj Seleno
- Witaj Pietia, ile to już lat? Trzydzieści?
Klasyfikowanie ograniczeń to chyba jedno z ulubionych zajęć naszej cywilizacji. Czasami trudno oprzeć się wrażeniu, że wszystkimi tymi ustawami, paragrafami i casusami rządzi jakiś złośliwy demon. Nie wiem jaki, może Asmodeusz albo Belzebub – to chyba ma niewielkie znaczenie, ważne że ten nieśmiertelny bardzo nas, ludzi nie lubi. Z wzajemnością jak się zdaje. Toczenie beznadziejnej walki z legislacją, właściwe kiedyś jedynie prawnikom, staje się powoli domeną każdego obywatela czyniąc z niego, posteriori, czarownika albo egzorcystę swojej małej rzeczywistości.
Z resztą dzisiejszy dziwny świat zmusza nas aż zbyt często do zaklinania rzeczywistości. Kiedy musimy bronić się przed złodziejami, zboczeńcami a nawet działającymi zdawałoby się bona fide przyjaciółmi zwyczajne metody postępowania przestają wystarczać. Dlatego rozglądamy się, my światli ludzie Zachodu, za talizmanami, amuletami i magią. Wracamy w świat wróżb, bożków i czarów, z którego wieki temu wyrwała nas dogasająca łuna światłości Karolingów. Samo w sobie poszukiwanie, jako takie, nie jest złe. Również poszukiwanie sil wyższych, niemniej traktowanie istnienia magii jako ultima ratio w zatargach z rzeczywistością, jest niegodne ludzi naszej cywilizacji. Czyni nas śmiesznymi i niepoważnymi wobec naszej kulturowej tożsamości.
My, Europejczycy, ja marynarz. Wszyscy walczymy z demonami. Nazwanymi bądź nie, magicznymi bądź nie. I to jest klucz – sentencja „tak bądź nie” jest wytrychem dzisiejszych czasów. Wszystko może być wszystkim i to, że przyjaciel może okazać się wrogiem wcale nie jest najgorszą z implikacji tej tezy. Na prawdę nie jest najgorszą.